NASZE PORODY...

9 miesięcy, refleksje, wspomnienia, trudności, opisy, rady ...

 

NASZE PORODY...

Postprzez Aniołek z piekła rodem » Wto Sty 25, 2011 9:25 am

W związku z dużym zainteresowaniem powstał nowy wątek z opisami naszych porodów.
Zapraszam do wspomnień w takim razie :)




Awatar użytkownika
Aniołek z piekła rodem
kocham to forum? :)
kocham to forum? :)
 
Posty: 1893
Rejestracja: Sob Paź 04, 2008 1:25 am
Miejscowość: Mazury

Re: NASZE PORODY...

Postprzez marcia_84 » Wto Sty 25, 2011 9:43 am

To zacznę... ;-)

W sobotę 11 września pojechaliśmy do Św. Katarzyny na ślub przyjaciół. Oni ciągle się śmiali i powtarzali - pamiętaj dziś nie rodzisz - bo dziś nie Ty jesteś najważniejsza. Mąż śmiał się i mówił wszystkim, że umówił się z małym, że może wychodzić po 16 - ślub był o 15. Byliśmy w Kościółku, porobiliśmy im zdjęcia i pojechaliśmy do teściów. U nich pod domem, wysiadam z auta (ok. godz. 16:30) i czuję jakieś ciepło po nogach i mówię do męża: chyba mi wody odeszły, a ten taki rogal na twarzy, że się zaczęło :D Pojechaliśmy do nas do domku, po torbę, ja zmyłam makijaż, szybki prysznic i w drogę. Do szpitala zajechaliśmy gdzieś o 18 - cały czas sączyły mi się wody. Na Izbie Przyjęć zbadano mnie - stwierdzono 2 cm rozwarcia, ale z powodu żadnych skurczy przyjęto na Patologię ciąży - ostatnie wolne miejsce! Ale fuks! Tam podłączono mnie pod KTG i zaczęły się lekkie skurcze – mówię do męża, że chyba już wiem co to skurcz, ale jakiś pyrdzik śmieszny :D Po 19 musiał jechać do domu, a ja zostałam sama. Powiedziałam mu tylko, że czuję, że jeszcze dziś wróci. Gadałam sobie z dziewczyną z pokoju i nagle złapał mnie mega ból w dole brzucha, pomyślałam – rozkręca się :D Za chwilę kolejny mocny ból – pomyślałam, że sprawdzę czas co ile... 5, 4, 3 min. - od razu hardcore :D Idę do położnych – mówię, że chyba się zaczęło, a ona do mnie z uśmiechem – Pani Marto niech Pani chwile zaczeka bo nie ma wolnej porodówki ;P A ja – mogę czekać, ale mały już nie bardzo... Kazała iść pod prysznic. Poszłam. Posiedziałam jakieś 40 min. - było całkiem przyjemnie – jeszcze ;P Po wyjściu wzięły mnie na zabiegówkę i zbadały. A tam rozwarcie na 4 cm, a na skurczu na 7 cm. Babka do drugiej, że widzi włoski, a ja szok ;P Jedno słowo – proszę dzwonić po męża. Ja za tel. Było dobrze po 22. Parę min. po 23 przyjechał mąż, od razu poszliśmy na porodówkę. Tam trochę leżenia na łóżku na boku, żeby dzidziuś miał więcej miejsca do rozpychania się i położna wysłała mnie pod prysznic. Tam byliśmy chyba z mężem godzinę – ja mówiłam, że nie pomaga – a ona, że nie ja jestem najważniejsza i dziecku ma to pomóc – a ja miałam już mega skurcze... :( Ból okropny. Wyszliśmy spod prysznica i poszliśmy na łóżko. Tam już końcówka, która była wielką ulgą. Samo urodzenie – wypchanie maleństwa to już przyjemność i nagroda :) Mały pojawił się na tym świecie o 1.20 w nocy. Położono mi go przy piersi i mieliśmy chwilkę tylko dla siebie. Ja zostałam na porodówce, a mąż z położną poszli go ważyć, mierzyć, itp. Dostał 10 pkt w skali Apgar, chociaż położna powiedziała, że 12 na 10 :D Waga 3360 i 53 cm :) Ja rodziłam w tym czasie łożysko i byłam zszywana – bez nacięcia się nie obyło, ale wyraziłam na to wcześniej zgodę. Wychodzę z założenia, że lepiej mieć zszytą prostą ranę, niż poszarpaną :P Później mieliśmy jeszcze chwilę dla siebie – ja, mąż i maluszek. Mąż pojechał do domu po 3, a mnie odwieziono na salę dopiero przed 6, bo mieli taki młyn i porodów, że nie mieli jak. Już się pytałam czy mogę iść sama, ale nie pozwolili ;P Leżałam między salami porodowymi i słyszałam jak na świat przychodzą kolejne maleństwa :) Odwieziono mnie i przeskoczyłam z łóżka na łóżko – położne się śmiały, że sprinterka :D Oczywiście nie spałam ani godziny, a o 7 wpadła położna czy dam radę iść po prysznic, a ja oczywiście pobiegłam w podskokach :D Chociaż po zrobiło mi się słabo bo całą sobotę prawie nic nie jadłam i nie piłam. Podczas porodu podłączono mi kroplówkę. Później maluszek już był ze mną. Niestety we wtorek jak już mieliśmy wychodzić okazało się, że pediatra nie puszcza nas do domu bo mały ma nasiloną żółtaczkę ze względu na nasz konflikt serologiczny. Leżał pod lampami i wyszliśmy w piątek 17-09. Teraz cieszymy się sobą! Z perspektywy czasu powiem Wam, że Bóg wie co robi, bo w czwartek miałam nawał pokarmu i zastój i gdyby nie pomoc super położnych nie dałabym rady. A tam w domu nie poradziłabym sobie sama. Aaaaaa i skarpetki przy porodzie mi się przydały bo strasznie marzły mi stopy :D Mąż spisał się na medal, trzymał za rękę, przypominał o oddechu, podawał wodę i wspierał. Jestem mega szczęśliwa i dumna z moich chłopaków :)
marcia_84
prawie tu mieszkam:)
prawie tu mieszkam:)
 
Posty: 639
Rejestracja: Pią Sty 04, 2008 10:25 am
Miejscowość: Wrocław

Re: NASZE PORODY...

Postprzez ssylwiaa » Wto Sty 25, 2011 10:30 am

Po takim opisie ma się wrażenie, że nie jest to tak straszne przeżycie tylko wręcz przeciwnie :)
Dziewczyny, w miarę możliwości dawajcie więcej ! :)


Awatar użytkownika
ssylwiaa
prawie tu mieszkam:)
prawie tu mieszkam:)
 
Posty: 485
Rejestracja: Pią Mar 27, 2009 5:29 pm

Re: NASZE PORODY...

Postprzez Aniołek z piekła rodem » Wto Sty 25, 2011 11:53 am

Na 14 lipca miałam skierowanie do szpitala w związku z przenoszeniem ciąży. Termin z miesiączki był na 6 lipca, z USG na 15 lipca.Także dzień wcześniej się przygotowałam, ogoliłam, zrobiłam pedicure, jeszcze raz przejrzałam torby do szpitala, uzupełniłam mój „Dziennik ciąży” i poszłam spać-byłam pewna że maluszek urodzi się 15 lipca, bo tu w szpitalu tak jest, że jeden dzień leży się na obserwacji na patologii a następnego podłączają oksytocynę.
Przed 4 rano obudził mnie delikatny skurcz. A że drugi i trzeci pojawiły się w zadziwiająco podobnym odstępie czasu, postanowiłam z zaklejonym okiem zmierzyć czas pomiędzy nimi. Wynik ok. 14 min. Byłam pewna-to jest to :)

Nie budziłam męża, chciałam żeby się wyspał. Poleżałam do momentu, aż skurcze były co 7-10 min, czyli jakieś 15 minut. Poszłam pod prysznic, żeby się upewnić, że skurcze nie miną. I nie minęły, były coraz mocniejsze i częstsze, nawet co 3-5 min. Zawołałam męża, ale był zdziwiony :)

Zjedliśmy śniadanie,wzięliśmy torby i w drogę. Mój szpital oddalony jest o ok. 40 km, także w drodze męczyły mnie coraz mocniejsze skurcze, takie że musiałam na chwilę przestać mówić, potem przechodziły a ja „wracałam” do normalnego świata.

W końcu dojechaliśmy, zabraliśmy graty i poszliśmy na Izbę przyjęć. Bardzo miła młoda pani mnie przyjęła, zrobiła wywiad ogólny, poprosiła żebym się przebrała i pojechaliśmy windą na oddział. Tam jeszcze trochę papierkowej roboty z panią oddziałową i poszłam na salę przedporodową. Zobaczył mnie mój lekarz prowadzący, który akurat miał dyżur-fajnie się złożyło- i ucieszył się, że skurcze zaczęły się same, bez wywoływania.

Na sali przedporodowej leżały jeszcze 2 dziewczyny,opiekowała się nami przemiła położna. Zbadała mnie, rozwarcie na 2 palce i stwierdziła, że dziś nie urodzę. To samo powiedział mój lekarz, że główka bardzo wysoko, małe rozwarcie i raczej się nie zanosi na poród dzisiaj. Skurcze były coraz mocniejsze, na dworze gorąco, okna pootwierane na oścież, a mnie wspierał maż i położna próbowała rozśmieszać. Byłam przez 15 min podłączona pod KTG i ciężko już było wyleżeć z bólu. Kazałam się zbadać jeszcze raz, bo czułam że idzie szybko. Kobietka zbadała, ale raczej dla świętego spokoju. I zaskoczenie-5 cm!
Poprosiłam o znieczulenie, bo było ciężko. Musiałam poczekać na anestezjologa, który kończył pracę przy cesarce,minęło jakieś pół godziny chodzenia po korytarzu i dostałam znieczulenie. Nie lada wysiłek wysiedzieć nieruchomo podczas wkłuwania igły w kręgosłup-skurcze dokuczały i samo wkłucie niezbyt przyjemne. Po 15 min poczułam, że nie czuję takiego bólu, co za ulga ! Dalej czułam wszystko, tylko było to takie wytłumione. Czułam, że nadchodzi skurcz, czułam go, ale dużo mniej boleśnie.Nobla dla kogoś, kto wymyślił znieczulenie zewnątrz oponowe :)

Ten czas płynął mi bardzo przyjemnie, bo dzwoniłam sobie do przyjaciółek-jedna miała urodziny tego dnia. Moja położna okazała się taką jajcarą jak mało kto :) W wygłupach towarzyszyła nam jeszcze jedna pani stażystka, równie miła i śmieszna babka.Rozmawiałyśmy o wychowywaniu dzieci. Dzięki tym kobietom cudownie wspominam poród.
Po 2-3 godzinach znowu zaczęło boleć coraz bardziej, ale musiałam zostać zbadana przed kolejną dawką znieczulenia. Okazało się 8 cm, także jeszcze załapałam się na kolejną dawkę przed porodem. Jednak za pół godz. położna zaproponowała przejście na salę porodową. Dopiero wtedy pierwszy raz od początku ciąży spanikowałam, że TO JUŻ. Mąż wysłał smsa do wszystkich „Trzymajcie kciuki, idziemy rodzić!!!” i poszliśmy…

Najpierw musiałam się położyć, miałam już 9 cm i skurcze parte, położna przebiła pęcherz z wodami, poczułam jak robi się ciepło
Wyleciało co miało wylecieć i stanęłam przy drabinkach, miałam kręcić biodrami, a na skurczu uwiesić się na drabinkach, kucnąć i przeć. Ależ to było nieprzyjemne uczucie. Potem znowu na łóżko, sprawdzanie jak wysoko jest główka. I taka zabawa przez godzinę prawie, byłam wykończona. W końcu zostałam już tylko na łóżku, bo nie miałam siły stać. No i parłam, krzyczałam z wysiłku i parłam znowu. Bolało. Znieczulenie nie działa na skurcze parte. Tym bardziej bolało bo dostałam oksytocynę i skurcze były co chwilę. Położna mnie nacięła,ale tak się wystraszyłam, że przestałam przeć i skurcz minął. Zostałam nacięta tylko trochę, więc przy kolejnym skurczu było powiększanie nacięcia, ała !Czułam jak po tyłku leci mi ciepła krew…
Mąż trzymał za rękę, wycierał twarz i dekolt zimnym wilgotnym ręcznikiem, podnosił plecy przy parciu, trzymał nogi i zaglądał tam gdzie nie trzeba :)
Bardzo mi pomógł, krzyczał, żebym jeszcze wytrzymała, jak parłam na skurczu. No i w końcu poczułam, jak łepek mojego brzdąca wychodzi ze mnie. Położna wrzeszczy „Nie przyj! Powoli!” ale ja już o niczym nie myślałam i nikogo nie słuchałam i wyparłam małego do końca ochlapując resztką wód panią stażystkę :) Boże co za ulga ! Położyły mi takiego ciepłego i wrzeszczącego Mikołaja na brzuchu-nie ma piękniejszego uczucia na świecie :) Była godzina 15.10
Potem mąż z lekarzem zabrali go do badania i ważenia. Dostał 10 pkt, a pani doktor krzyczy do mnie „53 cm i 3050 wagi”, a ja do męża z uśmiechem „przegrałeś zakład !” Wg niego mały miał ważyć ponad 3100 a wg mnie do 3100 :)
Urodziłam łożysko i nastał horror szycia… Bolało bardziej niż poród niestety.

Od tamtej chwili jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie mając swojego synka przy sobie.

Miałam naprawdę świetny poród, mimo bólu i żebrania o cesarkę :) :) :)
Bardzo miło wspominam i życzę sobie, żeby kolejny był równie przyjemny.




Awatar użytkownika
Aniołek z piekła rodem
kocham to forum? :)
kocham to forum? :)
 
Posty: 1893
Rejestracja: Sob Paź 04, 2008 1:25 am
Miejscowość: Mazury

Re: NASZE PORODY...

Postprzez lobuziontko » Wto Sty 25, 2011 12:26 pm

Dziewczyny piękne te Wasze opisy porodów- tradycyjnie czytając się wzruszyłam... Z jednej strony ból i niesamowity wysiłek, a z drugiej piękny cud narodzin i niesamowita chwila, kiedy położna kładzie dziecko przy piersi...






Awatar użytkownika
lobuziontko
uwielbiam tu pisać
uwielbiam tu pisać
 
Posty: 367
Rejestracja: Wto Maj 04, 2010 2:51 am
Miejscowość: Jelenia Góra

Re: NASZE PORODY...

Postprzez Jena » Wto Sty 25, 2011 12:31 pm

macria, aniołku- dziekuję ze te piękne opisy, mam nadzieję, ze więcej osób opisze jak to było :)

Awatar użytkownika
Jena
kocham to forum? :)
kocham to forum? :)
 
Posty: 1421
Rejestracja: Pią Sty 02, 2009 8:51 am
Miejscowość: z daleka

Re: NASZE PORODY...

Postprzez gloriosa1 » Wto Sty 25, 2011 1:44 pm

cześć wszystkim powiem wam że fajny pomysł z opisywaniem porodów.Mnie to właśnie będzie czekać za niedługo jestem w 27 tc więć czytając wasze relacje człowiek sie tak nie denerwuje.napewno podczas porodu dzieki wam nie będę spanikowana tak myślę więc piszcie piszcie aby podtrzymywać nas na duchu
gloriosa1
uwielbiam tu pisać
uwielbiam tu pisać
 
Posty: 363
Rejestracja: Wto Sty 13, 2009 10:51 pm
Miejscowość: wlkp

Re: NASZE PORODY...

Postprzez wi. » Wto Sty 25, 2011 4:32 pm

mamuśki z racji tego że Maja urodziła sie szmat czasu temu :) To ja wam przekopuje relację z porodu napisaną przez mojego Michała :)

No i liczę iż szybko pojawi się tu relacja z porodu Tymka :)

RELACJA Z PORODU MAI WIDZIANA OCZAMI JEJ TATUSIA

o dobra poniższy tekst będzie pozbawiony czasami może logiki gramatyki i składni... to pisze ja - Michał... o godzinie 18.10 zostałem ojcem Majki .... na początek co i jak było z wikuchą:

około 3 rano dzisiaj zaczęła mieć skurcze takie na poważnie i dosyć bolesne. przyjechałem do niej o 10 to skurcze były co 4-7 minut i za każdym razem bardzo bolesne. około 13.00 dali jej oxy coś tam ale tylko "próbkę" ponieważ nie miała rozwarcia a tylko straszne parcie. po kroplówce trafiła na porodówkę. polozna powiedziala ze zadko sie zdarza aby przy takmalym rozwarciu bylo takie parcie. przy 7 centymetrach pozwolila wice przec. o 18.10 urodzila o wlasnych silach coreczke - bez nacinania - jedyne co to mala zachaczyla raczko i uszkodzila jej cewke i tam ma szwy. coreczka wazy 3,665 kg, ma 54 cm, 10/10. aga jest zmeczona i obolala ale szczesiwa ze wsio dobrze i tak [url=<a]szybko[/url] poszl. obsluga byla super - polozna fantastyczna.

z moejgo punktu widzenia:
o 4.50 sms - michał mam skurcze ble ble ble... mi pikawa ostro nawala, [url=<a]stres[/url] i wogole zero snu (przez co srednia z trzech dob spada do jakis 4 godzin na 24) jade do niej na 10  nic - moja zona "codzi po [url=<a]scianach[/url]" ale z porodu nici - jade do domu bo zasypiam na stojaca. wracam do domu i z obetnicy zlozonej zonie "przespie sie jak wroce" nic niezostaje - skrecam lozko. kurde balans za male otwory... kurde balans po raz drugi - jak mam zamontowac opuszczana scianke... otwory rozwiercone, scianka zamocowana chwytam kółka, na stole studzi sie talerz krupnika i dryyyyn "michał przyjedz - leze juz na porodowce"....stres.... jade grabiszynska - mijam cmenterz- klne na zjebow co maja lepsze auta a niepotrafia jezdzic.... kolo fat-u zaczyna swieic [url=<a]kontrolka[/url] ladowania aku - z doswiadczenia weim ze na 99% rozkracze sie gdziec na osobowickiej-kurde balans!!!rogal (na [url=<a]szczescie[/url] jezdze moglem) do domu i biore corse siostry.... kurwy leca ostro po [url=<a]drodze[/url] - auto chodzi masakrycznie.... ale chyba nigdy jeszcze tak szybko niejechalo hehe.... parking kaminskiego - teraz do wejscia bocznego.... nad wejsciem okan porodowki - niektore otwarte (wciaz mysl wwierca mi sie w dynke - czy zdaze, ajk nie to masakra), nagle slysze krzyk - wikucha rodzi.... wpadam an slae po drodze ochraniacze i kurtalka... jestem przy niej od 17.45... prosze sonbie usiasc na krzesle obok lozka - mowi polozna.... siedze trzymam ja za reke i czuje sie nieswojo... moja zona przechodzi meki a ja kurde balans siedze i nic... dziecko wychodzi - powstrzymuje lzy jak na pogrzebie dziadka.... 18.10 chce pan przeciac pepowine - tak - prosze tuz nad kalmerka.... ciach.... Majka jest na Agi [url=<a]piersiach[/url]... aga zadowolona ja robie pierwsze fotki .... pozniej ide do innego pomieszczenia... chwile czekam... wjezdza moej dzecko!!! wazenie, zawijanie mierzenie i bach - tzymam ja na reach.... psciola co dotychczas to tylko mi przez skore brzucha sie ruszala..... roznbie pare fotek... pozniej ide do agi... przywoza majke - niechce ssac.... ale to norma.... szczesliwi.. w miedzyczasie [url=<a]fotki[/url], sms, telefony  do rodzicow.... jade do domu....jest OK... i nagle bum - przypominam sobie ze mam skrzydla.... mam jazde na maksa.... jestem szczesliwy... na kompie slucham Huntera - miedzy niebem a pieklem i  labirynt fauna.... kurde balans jestem inny mam dlugie wlosy i niechce ich scianc - trzeba wiec ukrecic leb systemowi..... wciaz na haju.....

dobra niewiem jak wklejeac coby od razu sie fotki pokazaly - rtak wiec trza to robic recznie - linki powyzej...
hhhmmm za kazdym razem gdy uzylem slowa przerywnikowo-emocjonalnego k.rwa to mi wyskakuje zwrot jak z filmu Vabank "kurde balans"....
pozdrwaiam Was wszystkie - dzieki ze jestescie z moja zonka i ja wspieracie!!!

Troszkę ten opis zagmatwany i z lekka pokręcone fakty no ale już nie ma czasu teraz tego "poprawiać" ale jakby co to jak będę opisywac poród Tymka to przy okazji poprawię tu co nieco :)


wi.
kocham to forum? :)
kocham to forum? :)
 
Posty: 1682
Rejestracja: Pon Gru 03, 2007 11:40 pm
Miejscowość: Wrocław

Re: NASZE PORODY...

Postprzez mutaciatko » Wto Sty 25, 2011 5:28 pm

Moze da mi opisac porod
Nie było zle, moze dlatego ze nastawilam sie na cos gorszego, na wiekszy bol itp.
Bardziej mnie on wyczerpal niz bolal
JakWam pisalam skurcze zaczely sie o 22 13 stycznia. Zdziwily mnie one bobylismy na KTG kontrolnym ktore nie wykazalo nic a nic, najmniejszegoskurczybyka.Wracajac do skurczy to cala noc byly co 10 min pozniej 15min, wtedy sobie pomyslalam o nie, w ciuciubabke to My sie bawic niebedziemy Spalam ze stoperem w reku i tak co 10 - 15 min sie budzilam Mojego Pio oklamalam ze mi przeszlo zeby choc on jeden byl wyspany i mial czysty umysl Pozniej nie wiem kolo 5 chyba przyszly co 7 min. Troszke czasuspedzilam pod prysznicem z goraca woda :0 Ulga niesamowita, ale ilemozna tam siedziec
Doszpitala zebralismy sie kolo 8. 30 chyba kiedy mialam juz co 5 minbole. Pojechalismy do jednego szpitala, z ktorego mialam pania doktor,a babka na izbie mowi ze nie ma miejsc i musimy sobie szukac innegomiejsca, ja jej na to ze chociaz by mnie zbadali, z oczy mi chyba nieczyta i nie wie ile tam cm jest, ona na to ze i tak mi to nic nie da ido mojego Pio zeby mnie zabieral bo ja juz rodze ameryke odkryla. Kur... czlowieka bierze na takie cos  ale cozrobisz??? Pojechalismy do szpitala blisko Naszego domu do św. Zofii ibardzo dobrze ze to zrobilismy. Kulturka na izbie przyjec, Pani siemnie pyta co sie dzieje ja mowie rodze Badanko, okazalo sie ze 7 cm rozwarcia, bardzo mila, mloda polozna mowi ze rodzimy Zaprowadzila nas do sali "wiśniowej "
Lozeczko,wanienka, drabinki. Super. Podpiela mnie pod Ktg, ale moglam chodzic,cale szczescie, skurcze na lezaco nic przyjemnego ( sama siezastanawiam teraz jak ja spalam tej nocy ). Polozna poszla ale wrocilaz wynalazkiem mianowicie KTG bezprzewodowe ktore mozna moczyc Nalala mi wody do wanny i tak sobie przesiedzialam w wannie do skurczypartych. Nie powiem Wam dziewczyny ile czasu to trwalo bo niekontrolowalam juz zegarka.
Na poczatku nie wiedzialam co sie dzieje kiedy przyszly te skurcze, pozniej sie okazalo
Poloznazaproponowala porod w wodzie, dla mnie bomba, wiec tak parlam i parlamw tej wannie, ale dalo to tylko efekt taki ze Ala wstawila sie dokanalu rodnego. Postanowilam wyjsc i przy drabinkach odstawic taniectylka tzn polozna zaproponowala ze jak bede stala przy drabinkach i krecila biodrami to pojdzie szybciej No to krecilam i poszlo szybciej. Party za partym. Jak czulam ze idziemusialam zejsc do kucaka Pio trzymal mnie za plecy ja trzymalam sie zadrabinki i tak parlam a ta biedna polozna sie tam wyginala przypodlodze
Niemialam juz sily. Wiec zaproponowala znowu zmiane pozycji, na lóżku alena kleczkach, tak na pieska podparta a czasami na kleczaco w pionie.Mialam przec a jak mi kaze przestac dyszec No i dyszalam, okazalo sie ze Ala miala pepowine na szyjce, ale zebyNas nie straszyc przemilczała to. Razem z Pania doktor daly sobieswietnie rade z ta pepowina.
Bylam wykonczona, wiec polozna chciala dodac mi sil mowi "mamuska daj reke " dalam a tam Ala do polowy na wolnosci   Jednopchniecie i malenka wyszla. Uczucie niesamowite. Nie boli, to taka ulgai czujesz jak nagle ten brzuch Ci opada. Mi opadl bo bylam na kleczacow pionie Od razu dala mi ja na rece, balam sie i mowie "nie", polozna na to "co nie" ( ja sie bałam ze ja upuszcze ) i mi ja wcisnela i dziekuje jej za tobo taka mala ciepla istotka to najpiekniejsza nagroda po tym calymwysilku. Poplakalam sie moj Pio mnie tulil, ja calowalam jego, Ale...chwile nie do zapomnienia, najpiekniejsza chwila w moim zyciu.

Pozniejlozysko, ale to pikus, jedno parcie i wyskoczylo. Dodam ze podczaslozyska i szycia Ala caly czas lezala na moim brzuchu i ssala cyca I tak przelezelismy 1,5 godziny. Pio caly czas oczywiscie byl z Nami.
Mała miala cale poltorej godziny otwarte oczy Jej wielkie oczyska Nas czarowaly

Wiectak. w karcie mam wpisane ze parlam od 13 do 14.30. Wydaje mi sie zedlugo. Pewnie szybciej by poszlo gdyby mnie naciely, ale ten szpitaljest sfiksowany na punkcie naturalnosci. Peklam oczywiscie dosc daleko,pekniecie 2 stopnia prawie po sam tylek... W skrocie, parte nie sastraszne jak juz mozna przec, dziwniejsze jest uczucie nacisku nakrocze, tak jak by cos sie chcialo przepchac ale bylo za duze, no i wsumie tak jest, szycie  nie bylo tez straszne, bolalo tylko szycie tejwierzchniej warstwy skory, gojenie krocza... do tej pory tam niezagladalam -  boje sie. Ale siadalam zaraz po porodzie, bolalo ale niejakos kosmicznie. Poltorej godziny po porodzie umylam sie i ubralam wczyste ubrania i dostalam [url=<a]obiad[/url] i to byl chyba najpyszniejszy obiad swiata, az mi bylo glupio bo tak szybko go jadlam No i poszlam na oddzial do pokoju razem z Pio i Nasza Ala w wozeczku takim szpitalnym

Przepraszam za brak skladu i ladu i bykole .


ps.zapomnialam wody odeszły mi dopiero jak Ali wyszla glowa, stad tenczepek a i moja Córeczka od razu pokazala na co ja stac rabiac smolkeprosto na mnie No i tatus przecinal pepowine.


mutaciatko
uwielbiam tu pisać
uwielbiam tu pisać
 
Posty: 251
Rejestracja: Śro Paź 07, 2009 9:10 am
Miejscowość: Ząbkowice Śl./Warszawa

Re: NASZE PORODY...

Postprzez ssylwiaa » Śro Sty 26, 2011 12:28 pm

halia świetnie że tak Ci szybko poszło ! Ja też moglę się o to żeby poszło szybko, może mnie boleć nie wiadomo jak, oby było w miarę szybko !!
Serdeczne dzięki za te opisy, od razu lżej na duszy :)


Awatar użytkownika
ssylwiaa
prawie tu mieszkam:)
prawie tu mieszkam:)
 
Posty: 485
Rejestracja: Pią Mar 27, 2009 5:29 pm

Re: NASZE PORODY...

Postprzez ssylwiaa » Śro Sty 26, 2011 3:20 pm

:) pewnie dlatego, że tego typu teksty słyszały już nie raz :)


Awatar użytkownika
ssylwiaa
prawie tu mieszkam:)
prawie tu mieszkam:)
 
Posty: 485
Rejestracja: Pią Mar 27, 2009 5:29 pm

Re: NASZE PORODY...

Postprzez wi. » Śro Sty 26, 2011 3:29 pm

halia napisz jeszcze kiedy ty w końcu urodziłaś i o której godzinie bo brakuje mi danych do tabeli :)

kurde coś dzisiaj nie mogę od tego kompa odejść...

a ta wracając do porodów to wiecie co.....Teraz porodu boje sie jeszcze bardziej bo już wiem jak to cholernie boli i ile trzeba się namęczyć.

może dzisiaj ud ami sie usiąść i napisać własną wersję z porodu Majki bo ta mojego Miska jest strasznie pogmatwana i wile rzeczy się nie zgadza.


wi.
kocham to forum? :)
kocham to forum? :)
 
Posty: 1682
Rejestracja: Pon Gru 03, 2007 11:40 pm
Miejscowość: Wrocław

Re: NASZE PORODY...

Postprzez carissima » Czw Lut 24, 2011 11:40 am

A wszystko zaczęło się tak:


W nocy 15.02.2011 obudziłam się jak zwykle o 3.00 na siusiu :D, potem wracając z toalety poczułam, że jestem strasznie głodna i przypomniałam sobie, że mój mąż ma w szufladzie prince polo, tak więc spałaszowałam wafelka i wiedziałam, że z mojego dalszego spania nici...
Położyłam się do łóżka,poczytałam książkę, zajrzałam do komputera i odliczałam czas,bo po 7 miałam wstać, żeby szykować się do szpitala, bo przecież na ten dzień miałam skierowanie.
O godz 5.30, usłyszałam w podbrzuszu pyknięcie, jakby ktoś otworzył szampana :D i aż mi się gorąco zrobiło bo wiedziałam co to oznacza. Podniosłam się na łóżku i poczułam, że robi się mokro, niewiele tego było, ale ciągle sączyły się wody.
Zadzwoniłam do męża i rozpłakałam się, bo wystraszyłam się tym wszystkim, cała się trzęsłam i poczułam że tak bardzo go teraz potrzebuję. Po rozmowie pozbierałam myśli i zaczęłam działać.
Poszłam wziąć prysznic, umyłam głowę, ubrałam się i zeszłam do taty, żeby powiedzieć mu, że chyba będzie musiał mnie zaraz zawieźć do szpitala. Tata ze stoickim spokojem poszedł zrobić sobie kawę, potem pod prysznic –wogóle mu się nie spieszyło :D
Ja, żeby się trochę uspokoić wyszłam z psem na krótki spacer, potem mogliśmy już jechać.
W drodze do szpitala poczułam ból w podbrzuszu, nie był silny, ale powtarzał się regularnie.
   Na izbie przyjęć, miło nie było, jakoś tak bezosobowo. Setki pytań i zero empatii. Czekanie na ordynatora, który potraktował mnie niezbyt przyjemnie. Na początku okrzyczał mnie, że za dużo przytyłam. Bo jak to można przytyć w ciąży 17 kg?!!! Powiedział, że stwarzam, zagrożenie dla siebie, dla dziecka i dla szpitala!!!! Że w ciąży powinnam 5kg przybrać!!!!!!!! Masakra.
Stwierdził po badaniu, że żadna akcja się nie zaczęła, a to co się sączy to nie wody. Po chwili jednak postanowił zbadać to jeszcze raz i okazało się, że jedna kto są wody, ale nic poza tym się nie dzieje. Zero rozwarcia. Skurcze miałam słabe ale co 5 – 7 min.
Dla mnie najważniejsze było to że postanowili mnie zostawić w tym szpitalu.
Zadzwoniłam do swojej położnej i powiedziałam jak wygląda sytuacja.
   Zostałam zawieziona na patologię ciąży, tam kolejne wywiady, potem badania, usg. Skurcze regularne,ale rozwarcia zero. Dziwne było to, że ktg nie wykazywało tych skurczy wogóle, a one bolały coraz mocniej. Jak potem powiedziała mi położna, ktg odnotowywało skurcze z góry macicy, a ja miałam tylko z dołu (jakoś tak to zrozumiałam).
Przyjechał mój mąż, ale byliśmy zawiedzeni, bo akcja nie postępowała. Postanowił jednak nie wracać do Milicza, tylko zostać w domu, na wypadek gdyby coś się zaczęło.
I leżałam sobie tak cały dzień,skurcze po południu były już takie, że zginałam się w pół. Ale ktg dalej nic nie wykazywało, badanie również. Byłam załamana, a położne chyba myślały, że symuluję.
   Na wieczornym obchodzie lekarz powiedział, że rano mam być na czczo, bo przez to że sączą się wody, musimy zacząć działać. Wystraszyłam się, że chcą mi zrobić cesarkę i chyba z tego strachu coś ruszyło. Zgłosiłam się do położnej i poprosiłam, żeby mnie zbadała, bo strasznie boli mnie brzuch. Tak więc wzięła mnie, bada i robi wielkie oczy:"Ale mnie pani zaskoczyła. Tu są dwa centymetry rozwarcia!Proszę dzwonić po męża i położną, iść się wykąpać i przekazujemy panią na izbę porodową". Ale byłam w szoku!!!
   Przed 21 przyjechała położna i mąż i poszliśmy na salę. Skurcze były nadal co 5 min.
Bardzo się ucieszyłam kiedy położna na sali zapaliła tylko małe światełko, tworzyło to fajną intymną atmosferę i jarzeniówki nie świeciły mi po oczach. Na początku oczywiście ktg. Trochę nerwów przy nim było, bo kiedy leżałam na prawym boku, Maluchowi tętno skakało powyżej 190 i co chwilę alarm się włączał na urządzeniu, okropnie się tym zdenerwowałam. Ale na lewym boku było już lepiej.
Potem badanie i zaczynamy działać.
Aby wzmocnić skurcze i pomóc główce trochę zejść na dół, położna zaproponowała skakanie na piłce podczas skurczu. Tak więc ja siedziałam na piłce, z tyłu mąż masował mi plecy i trzymał mnie żebym się z tej piłki nie stoczyła :D
Skurcze były dość intensywne, a skakanie jeszcze bardziej potęgowało ból, więc następnym punktem było spacerowanie.
Miałam chodzić po sali, a na skurczach opierać się o łóżko lub męża i kręcić biodrami.Tak mi było wygodnie, a chodzenie przyspieszyło czynność skurczową.
Potem kolejne badanie, chwila pod ktg.
Ból był coraz mocniejszy, więc położna powiedziała, żebyśmy poszli pod prysznic ( na szczęście łazienki był w salach)
Jak położna musiała mnie zbadać na skurczu i musiałam przy tym leżeć na łóżku to myślałam, że wyjdę z siebie, tak strasznie to bolało.
Mój mąż pomagał mi utrzymywać oddech, przytrzymywał mnie na skurczach.
Od ok godz 1.00 ból było nie do zniesienia, myślałam już że umrę. Tyle dziwnych myśli przechodziło mi przez głowę. Pamiętam, że wszystko widziałam za mgłą. Robiło mi się słabo ze zmęczenia, więc musiałam mieć podłączoną glukozę.
Położna bardzo skutecznie pomagała mi oddychać, bo ja już traciłam nad tym kontrolę. Potem jeszcze trochę chodzenia..... Przyczepili mi do łóżka tak pałąk, na którym mogłam się uwieszać podczas skurczu, dosyć mi to pomagało,jeśli jeszcze mogę mówić o tym, że cokolwiek w stanie było mi pomóc.
Jeszcze raz pod prysznic i zaczęły się bóle parte.
Podczas nich ustawiłam się w pozycji kolankowo łokciowej, z pupą wypiętą do położnej. Pamiętam, jak mówiłam do położnej że nie będę parła bo zrobię kupę :D:D a to dziecko było :D
Położna masowała krocze, żeby uniknąć nacięcia. Emilka miała małą główkę, więc myślałyśmy że wyjdę cało z tego, ale jednak nie, bo nasza księżniczka postanowiła podczas porodu trzymać sobie przy główce rączkę i razem z nią się pchała. A tego nie było widać na początku, więc nie byłam nacięta ale pękłam odrobinę.
Wyparłam Małą na trzecim skurczu.Choć przy drugim byłam tak zrezygnowana, że krzyczałam, że nie dam rady i ona się tam udusi w środku. Wogóle dużo dziwnych rzeczy mówiłam podczas całego porodu. Jak sobie przypomnę to śmiać mi się chce. Mówiłam mężowi, że żadnych już dziecinie chcę....
Pamiętam jeszcze jak już pod koniec kiedy skurcze szalały na całego, zastanawiałam się czy będę wstanie ją pokochać! Jak ja mogłam tak myśleć? Teraz przecież szaleję z miłości do tej kruszyny.
     Pamiętam jak po pierwszym partym położna otworzyła drzwi z boku i krzyknęła (chyba do lekarza): "RODZIMY!!!" I za chwilę Emilka była na świecie. Mąż nawet widział jak wyskoczyła, wogóle widzia łwszystko, bo stał tak, żeby patrzeć. Pamiętam jego uśmiech i łzy w oczach kiedy położna trzymała ją w rękach.
Ja szybko rozpinałam koszulę, żeby móc przytulić małą do gołego ciała. Odwróciłam się i usiadłam na łóżku i położna podała mi Maleństwo. Była taka cieplutka, mięciutka i śliska. Patrzyła na nas tymi wielkimi,ciemnymi oczami. Przytulała się do piersi i płakała sobie....
Czekaliśmy aż pępowina przestanie tętnić i dopiero wtedy mąż ją przeciął.
   Położna wzięła Emilkę, dała tatusiowi i poszli do pokoju lekarskiego. Ja czekałam na urodzenie łożyska. Niestety najpierw wyleciało ze mnie pełno skrzepów krwi, wiec straciłam ok 600 ml jej i potem przez kilka godzin leżałam pod kroplówkami. Potem urodziłam łożysko. Położna sprawdziła i było niezbyt kompletne, więc musiałam być jeszcze łyżeczkowana. Macica słabo się obkurczała, więc podczas zszywania musiałam mieć kroplówkę z oksytocyną, żeby przyspieszyć zwijanie macicy.
Po zszyciu położna mnie umyła i przeniosłam się na inne łóżko. Wywieźli mnie na korytarz i tam razem z mężem czekaliśmy na malutką, którą za chwilę nam przywieźli.


Najbardziej niesamowite było to, że na początku porodu położna zapytała mnie o której witamy Emilkę.Powiedziałam, że o 3.00, bo o tej godz najczęściej budziłam się w ciąży. I równo o 3.00 Emilka ze mnie wyskoczyła!!!!!!


Poród był dla mnie czymś co przeszło moje oczekiwania bólowe, ale jestem przeszczęśliwa, że udało mi się rodzić tak jak chciałam. Z mężem, z Aniołem, a nie położną,w pozycji jakiej chciałam, przy użyciu naturalnych metod. Cieszę się, że nikt nie spieszył się z odcięciem pępowiny a mała była przytulona do mnie przez dłuższą chwilę.


Trochę problemów było z karmieniem.Morze wylanych łez.....
Ale przy uporze i pomocy wspaniałych położnych, pokarm w końcu się pojawił w 4 dobie i teraz karmię ciągle piersią..
Ostatnio edytowany przez carissima, Czw Lut 24, 2011 3:42 pm, edytowano w sumie 1 raz







Awatar użytkownika
carissima
uwielbiam tu pisać
uwielbiam tu pisać
 
Posty: 301
Rejestracja: Pon Lut 16, 2009 11:20 am

Re: NASZE PORODY...

Postprzez ssylwiaa » Czw Lut 24, 2011 12:29 pm

Niesamowite przeżycie... aż mi łzy poleciały...
Świetny opis.
A ordynatora z izby przyjęć udusiłabym gołymi rękoma !!


Awatar użytkownika
ssylwiaa
prawie tu mieszkam:)
prawie tu mieszkam:)
 
Posty: 485
Rejestracja: Pią Mar 27, 2009 5:29 pm

Re: NASZE PORODY...

Postprzez kasiakuzniki » Czw Lut 24, 2011 12:39 pm

super opis jak zwykle wyje przed komputerem!!!!

a że Emilka wyszła o 3 to naprawdę super hehehe zawsze to zapamiętasz:D:D:Di że też pęcheż pękł w nocy to miałaś szansę to usłyszeć bo w dzień jest za dużo hałasów w okół!

ja w październiku byłam z przyjaciółką przy jej porodzie i przez ten czas 4 inne dzieciaczki wychodziły prawie na moich oczach wyłam jak bóbr to jest naprawdę strasznie szczęśliwa i pełna emocji chwila! a te ktg i puls dzieciątka to jest przekłamany przez skurcze moja teraz już chrześnica jak jeszcze była w brzuszku i były podłączone to puls dochodził nawet do 170 ale położona mówiła że to są szmery skurczowe i maiła racje po pomiędzy szybciutko się to uspokajało!




Awatar użytkownika
kasiakuzniki
prawie tu mieszkam:)
prawie tu mieszkam:)
 
Posty: 416
Rejestracja: Sob Wrz 05, 2009 4:06 pm
Miejscowość: Wrocław

Re: NASZE PORODY...

Postprzez lobuziontko » Czw Lut 24, 2011 3:29 pm

Piękny opis, jak zwykle się wzruszyłam :) A ordynator to naprawdę wielki gbur, jak on tak mógł powiedzieć?






Awatar użytkownika
lobuziontko
uwielbiam tu pisać
uwielbiam tu pisać
 
Posty: 367
Rejestracja: Wto Maj 04, 2010 2:51 am
Miejscowość: Jelenia Góra

Re: NASZE PORODY...

Postprzez dygotka » Czw Lut 24, 2011 9:48 pm

Się normalnie wzruszyłam...
Awatar użytkownika
dygotka
lubię tu popisać
lubię tu popisać
 
Posty: 82
Rejestracja: Pon Gru 17, 2007 12:26 am
Miejscowość: Jelenia Góra/Głogów

Re: NASZE PORODY...

Postprzez karola-1984 » Pią Lut 25, 2011 4:42 pm

Jak tak czytam Wasze opis porodów, to aż szczerze zazdroszczę! Mój poród był….. hmmmmm….. no taki jak wasze na pewno nie. Złożyło się na to kilka czynników- szpital, o którym nie słyszałam pochlebnych opinii, personel który nie był zainteresowany rodzącymi oraz ich maleństwami i taki ogólny brak sympatii, na który składało się wszystko. Nie ukrywam, że było to jak do tej pory najważniejsze i najpiękniejsze przeżycie  jakiego doświadczyłam, a ta malutka istotka, którą tulę co dnia od 5,5 mieś. zmieniła moje życie od 360 stopni! Ale zacznę od początkuJ
Tak naprawdę zacznę od poniedziałku i od mojej- jak się jednak okazało- ostatniej wizyty u lekarza, na której dowiedziałam się, ze na 100% urodzę po terminie, bo szyjka długa, twarda i nic nie wskazuje na to, że w ciągu kilku dni coś się zmieni. Tym mało optymistycznym akcentem pożegnałam się z panem doktorem i poczłapałam do domu. Następnego dnia wybrałam się na długi spacer połączony z zakupami, wizytą na poczcie oraz w przychodni co zajęło mi około 3 godzin. Potem doszłam do wniosku, że w domu mam już lekko brudne okna, a że za kilka dni miała przyjechać moja mama, to postanowiłam z nimi zrobić porządek. Po oknach wzięłam się za podłogi i tak mnie to zmęczyło, że rano miałam wyprać firanki i je wyprasować. Wieczorem wzięłam ciepłą kąpiel i elegancka czyściutka i pachnąca czekałam na męża, który wracał z pracy.  Po powrocie męża i po przeczytaniu postu marci, o tym co spakowała do torby szpitalej zajrzałam do swojej i zapisałam sobie co muszę dokupić, a co jeszcze dopakować. Po bardzo męczącym dniu poszłam spać. I w pewnym momencie poczułam coś bardzo ciepłego cieknącego po moich nogach.  Obudziłam męża stwierdzeniem, że wydaje mi się , że powinniśmy jechać do szpitala, a mój mąż ze stoickim spokojem zapytał mnie: „ale po co?” i nagle jak wyrwał z tego łóżka, to aż się kurzyć zaczęło! O 1.20 wykonaliśmy kilka telefonów do moich koleżanek z pytaniem czy to, aby już pora jechać. I pojechaliśmy.
Powiem Wam, że jak weszłam na Kliniki, to poczułam, że z zamknięciem drzwi, zamykam pewien etap w moim w życiu.
Sam szpital wywoła na mnie takie wrażenie, że aż miałam dreszcze. Czułam się jak w jakimś filmie. Po wejściu na IP i pierwszych słowach pani, która spała, a my jej ten sen zaburzyliśmy chciałam uciekać, ale było za późno. Owa pani zaprowadziła mnie do gabinetu lekarskiego, przyszła młoda pani doktor- ubrana w mini i szpilki i po jej badaniu poczułam, że jednak  naprawdę chcę do domu. Zero delikatności, zero dyskrecji, zero prywatności. W gabinecie oprócz mnie i pani doktor była pani, która cały czas zadawała mi pytania- o wykształcenie, o zawód…… nie było nawet durnego parawanu, za którym mogłabym się jak człowiek przygotować do badania i spokojnie po nim ubrać! Okropne to było!
Następnie wróciłam na IP- dostałam koszulę i zostałam zaprowadzona na porodówkę. Na porodówce powitały mnie słowa- „ZYTA PO CO TU TAKIE PRZYPROWADZASZ??!!”, i już wtedy wiedziałam, że nie będzie tam fajnie…… położono mnie za parawanem na łóżku i jakie było moje zdziwnie, kiedy nikt się mną nawet nie zainteresował??!! Raz zrobiono mi KTG i finisz. Tak zostawiona sama sobie leżałam do rana, kiedy to przyszedł lekarz na obchód. Zbadał mnie i stwierdziła, że kompletnie nic się nie dzieje i na patologię….. jednak pojawił się lekarz prowadzący moją ciąże, który zadecydował, że skoro wody odeszły mi jakieś 8 godzin temu to dlaczego jeszcze nikt nie podał mi antybiotyku, żeby chronić dziecko i że on bierze na siebie odpowiedzialność i mam zostać na porodówce.  Franca, która zakładała mi wenfoln zrobiła to w tak mało umiejętny sposób, że gdyby nie to, że ręka bolała jak jasna cholera, to chyba bym jej przywaliła…… rurka od wenflonu dosięgała do kostki, co sprawiało mi tak potworny ból, że nie byłam w stanie pić, ruszać ręką, bo całkowicie mi drętwiała. Kiedy poprosiła o to, żeby jednak  wenfoln  przenieść usłyszłam w odpowiedzi- „ przecież to ja go zakładałam i wiem, że jest założony dobrze”. Skapitulowałam i z bolącą ręką czekałam na postęp akcji. Dalej nic się nie działo. Dziewczyny, które trafiły na porodówkę po mnie już były po, co nie ukrywam wprawiało mnie w lekką depresję…… około godziny 18 nastąpiła zmiana położnych i lekarza. Po badaniu- młoda, ale nie ta z IP J pani doktor zadecydowała, że padają mi oksytocyne. I się zaczęło! Pojawiły się skurcze- najpierw pojedyncze, później coraz częstsze i silniejsze. W pewnym momencie stały się one nie do zniesienia! Sama zadecydowałam, że chcę iść pod prysznic i jakie było moje zdziwienie kiedy pod prysznic owszem zaprowadziła mnie położna, ale nagle zniknęła! Bogu dzięki w łazience była pani sprzątająca, która pomogła mi się rozebrać i co chwila sprawdzała czy jeszcze żyję….. po dłuższym czasie musiałam wyjść z pod prysznica i przenieść się na łóżko, bo wszystko dość szybko się działo. Z dalszej części porodu pamiętam, to że bolało, ale chyba bardziej bolała mnie ręka od wenflonu. Pamiętam, że co chwila pytałam czy jeszcze długo, bo ja już nie dam rady. Dokładnie jak osioł ze shreka, która co chwila pyta „ale daleko jeszcze”J. I nagle poczułam, że coś mega napiera na moje krocze. Po chwili- o 23.25- wyskoczył ze mnie mój mały Igorek – Potworek, który oczarował wszystkich. Raz, że swoimi gabarytami- 4000g i 56 cm, a dwa- wszyscy twierdzili, że to bardzo ładne dziecko.  dla mnie owszem był najpiękniejszy, ale czy dla innych też tego, nie wiemJ nagle nie wiedziałam skąd na porodówce wziął się mój mąż, który pilnował tego czy aby z naszym mały skarbem wszystko jest ok.- był przy badaniach, pomiarach itd. Igorek dostał 10 pkt.
Po około 15- 20 min musiałam wstać z łóżka na którym rodziłam i przejść jakieś 50 metrów do męża i do synka. Graniczyło to z cudem, bo takiego trójwymiaru i helikoptera nie miałam nigdy w zyciu nawet na największej bani! Ale udało się! I od tej pory jesteśmy już we trojkę. Następnie całe szczęście, że był mąż, bo pomógł mi się wykąpać i przeszliśmy na salę poporodową.
Swoją przygodę z klinikami podsumuję tak- poród to wydarzenie, które zmienia cały świat i nie pozwólmy na to, aby przypadkowe osoby to zepsuły. Być może ja źle trafiłam- możliwe, ale uważam, że w tak ważnym momencie jak narodziny dziecka powinno okazać się- fakt, obcej osobie, jednej z wielu, trochę zainteresowania i życzliwości, aby łatwiej było przez to przejść. Ja wiem, że każdego dnia te kobiety odbierają porody, ale niewybredne komentarze i oglądanie TV można sobie zostawić na dom….. nie płaciłam położnej i tego nie żałuję, bo uważam, że to jest ich praca i niezależnie od tego czy dostaną kasę czy nie powinny się zająć rodzącą- mi w pracy za pomoc w napisaniu wniosku konkursowego nikt nie płaci, a pomagam. Wszystko zależy od ludzi, ich nastawienia i podejścia do tematu, a w tym szpitalu tego brakowało. Brakowało zainteresowania maleństwami, kobitami po porodach, miłej atmosfery. Wiem też na pewno, że drugie dziecko będę miała napewno, ale napewno nie zdecyduję się na rodzenie na klinikach. Tego jestem pewna! Pewna natomiast nie jestem tego czy chcę rodzić naturalnie czy wolę cesarkę, ale po doświadczeniach z paniami położnymi jestem  w stanie skłonić się ku drugiej opcji.
Także kochane przyszłe mamusie! Zanim, wybierzecie szpital naprawdę dobrze się nad tym zastanówcie, żebyście nie miały tak mieszanych- bo pięknych i jednocześnie wywołujących drgawki wspomnień. Trzymam za Was kciuki!



Ostatnio edytowany przez karola-1984, Pią Lut 25, 2011 7:16 pm, edytowano w sumie 1 raz
Awatar użytkownika
karola-1984
uwielbiam tu pisać
uwielbiam tu pisać
 
Posty: 306
Rejestracja: Czw Paź 01, 2009 9:36 am
Miejscowość: Wrocław

Re: NASZE PORODY...

Postprzez ssylwiaa » Pią Lut 25, 2011 5:43 pm

To straszne jak wiele zależy w takiej chwili od innych osób którym jesteśmy podporządkowane.
Po Twoim opisie stwierdziłam, że jednak poważniej podejdę do wyboru szpitala. Nie na zasadzie "pójdę tam, bo mam bliżej".


Awatar użytkownika
ssylwiaa
prawie tu mieszkam:)
prawie tu mieszkam:)
 
Posty: 485
Rejestracja: Pią Mar 27, 2009 5:29 pm

Re: NASZE PORODY...

Postprzez wi. » Nie Lut 27, 2011 11:15 pm

Jak Tymuś pojawił się na świecie :)

No więc od samego rana w piątek (18 lutego) czułam sie jakos dziwacznie, pobolewało mnie jak na okres, goniło co jakiś czas do kibelka....w końcu późnym południem mówię do Miska...Słuchaj ja ci nie obiecuje ale do niedzieli to ja na 100% urodzę więc ty się nie nastawiaj że w poniedziałek do pracy pójdziesz"....Misiek oczywiście w siódmym niebie był :) Ok. godziny 20 zaczęły mnie już męczyć powazne skurcze ale takie nieregularne bo z rozrzutem czasowym od 3 do 15 min. po 23 były juz tak co 5,6,7 min. więc na spokojnie się wykąpałam, ubrałam, powiadomiłam teściów że jutro już Tymek będzie na świecie, misiek zrobił mi fotkę brzuszka (czas najwyższy :) ) i tuz po 1:00 w nocy wyjechaliśmy do szpitala.....

Na izbe trafiłam przed drugą, zdziwiłam się starsznie jak sie okazało że siedziała tam bardzo sympatyczna pani i bardzo miły pan doktor.....spisali wywiad, zbadali i z racji tego że nie było żadnego rozwarcia ani nic wysłali na patologie ciąży. Oczywiście lekarz patrząc na mój brzuch stwierdził że dziecko duże in że tak z 3800/4000 będzie ważyło (skubaniec niewiele sie pomylił :) ) Misiek odprowadził mnie pod salę, dał buziaka i pojechał do domu spać. Ja cała noc nie przespała bo męczyły mnie mega bolesne skurcze, o 6:00 już nawet ie leżałam bo zaczęłam już czuć tez skurcze parte (tak samo jak z majką) a że nasilały się one jak leżałam to postanowiłam połazić po korytarzu. Ok. 7:00 zostałam zbadana, rozwarcie na 3cm. wiec dostałam polecenie wykąpania się i bycia gotowym na przejście na porodówkę. Zadzwoniłam do Michała i kazałam mu już przyjeżdżać.....Niestety okazało sie że będę rodzic w swojej jedynej koszuli jaką posiadałam bo w szpitalu jest na nie deficyt (tak jak na pościel, ligninę, papier do KTG i cholera wie co jeszcze) o 8:35 byliśmy już z Michałem na porodówce i tam ku mojej mega wielkiej radości moja położną miła być ta sama która była ze mną jak rodziłam Majkę.....powiedziała żebym sie rozgościła, wygodnie położyła a ona podłączyła KTG. jakoś tak o 8:45 miałam już 8cm. rozwarcia (mega szybko jak dla mnie) i Misiek zaczął się śmiać że jeszcze z 10/20 min i będzie po wszystkim, ja do niego że chyba takie farta nie będę miała. Tuz przed 9:00 położna znowu sprawdziła rozwarcie, jak był skurcz party to pozwoliła mi nawet przeć a nie wstrzymywać co mnie zaskoczyło...spytała sie co będzie i jakie dajemy imię po czym zaczęła szykować fotel.  Postawiła mi nogi na tych wspornikach, kazał się mocno chwycić za uchwyty i porządnie przeć i jak tak naparłam to poczułam jak mały wyszedł chyba już połowa ciałka (bo u majki najpierw główka wyszła), wtedy położna kazał mi przestać przeć a sapać jak piesek po czym kaszlnąć dwa razy i jak kaszlnęłam dwa razy to poczułam takie chlup i Tymek już był na zewnątrz....heheh śmieje się do Michała że ja Tymka to z siebie wykaszlałam :D

Położna położyła go na mnie i tak sobie odpoczywaliśmy prze ok. 5 min. po czym dumny tatuś przeciął pępowinę i razem z synkiem poszedł na ważenie, mierzenie itp. a ja zostałam na sali i czekałam na urodzenie łożyska....

Byłam mega zadowolona jak po oględzinach okazało sie że ani nie pękłam ani nic!!! Na koniec położna stwierdziła że z trzecim dzieckiem to już na 100% do szpitala nie zdążymy bo ja to rodzę te dzieci ekspresowo :D

Jak mnie dowieźli na odpoczynek to za chwile dołączył do mnie Michał z Tymkiem. mały dostał do razu cyca i tak go "doił" bita godzinę :D

Poród wspomina super, był szybki a że bez oxy to i te skurcze nie były tak częste bo tuż przed urodzeniem sie Tymka położna zauważyła że mam jakoś je rzadziej bo co 3/4 min. a mimo to zaraz urodziłam.

no i nie wiem co by tu jeszcze wam napisać....


wi.
kocham to forum? :)
kocham to forum? :)
 
Posty: 1682
Rejestracja: Pon Gru 03, 2007 11:40 pm
Miejscowość: Wrocław

Następna

Wróć do Ciąża i młode matki



Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości

Przejdź do portalu >>